poniedziałek, 18 czerwca 2012

Na Onecie tekst o zemście

Onet działa już prawie cudnie. Dodałam tam tekst "Pozytywne źródło i skutki zemsty" na podstawie książki popularnonaukowej. Nieskromnie powiem, że wydaje mi się, że tekst mi się udał i jest ciekawy. Zapraszam


maria-dora.blog.onet.pl

niedziela, 17 czerwca 2012

Z kim walczyliśmy w powstanie warszawskie?

W Loży Prasowej TVN24 Tomasz Terlikowski, komentując ataki chuliganów podczas przejścia rosyjskich kibiców na mecz Polska-Rosja, stwierdził, że policja powinna być na to przygotowana i temu zapobiec, ponieważ, i to ważne:

bo przecież nawet on słyszał od swoich studentów, że ich koledzy-kibole z warszawskiej Pragi zmawiają się, żeby wziąć na Rosjanach odwet za powstanie warszawskie! Tak to mniej więcej brzmiało.

Skoro my sami uważamy, że byliśmy najwyraźniej podczas II wojny światowej w koalicji hitlerowskiej i walczyliśmy z Rosjanami, to czego znowu wymagać od prezydenta Obamy czy bardzo skrytykowanej u nas Debbie Schlussel za jej wypowiedź, że to Polacy wymordowali 3 mln Żydów.

Nie winiłabym szkoły za taką wiedzę uczniów prawobrzeżnej Warszawy, to jest przecież wersja solidarnościowa, lansowana po 1989 r. i wzmożona po powołaniu IPN i zbudowaniu muzeum powstania warszawskiego.

Warto by w zasadzie sprawdzić, czy jest to powszechna opinia uczniów Warszawy, czy raczej jej prawobrzeżnych mieszkańców, którzy nie doznali w takim stopniu okropieństw powstania i wobec tego nie ma u nich pamięci o tej tragedii przekazanej rodzinnie. To nie ich dziadkowie i rodzice w liczbie 40 tys. zostali wymordowani brutalnie przez Niemców w pierwszych dniach powstania, nie ich przodkowie siedzieli głodni, brudni po piwnicach, które były schronieniem jedynie przed odłamkami, ale nie bombami zrzucanymi na Warszawę.

Może też ktoś się orientuje, jaką wersję powstania lansuje muzeum powstania warszawskiego, czy to tam młodzież nabywa wiedzy, że Polacy walczyli wtedy z Rosjanami. Miałam wątpliwości, czy prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz słusznie chce znieść specjalny status tego muzeum, niezależny od władz Warszawy, teraz zaczynam nabierać przekonania, że być może ma rację.

Po 1989 r. w nieodpowiedzialny sposób zaczęto wypełniać białe plamy w historii związane z okresem 1939-1941, gdy na skutek paktu Ribbentrop-Mołotow nasze wschodnie ziemie znalazły się pod władzą ZSRR. Zainteresowanie wojną przekierowano na ten okres, na zbrodnię katyńską, w ogóle jakby zapominając, że po 1941 r. ZSRR zrobił woltę i znalazł się w koalicji antyhitlerowskiej, walnie przyczyniając się do zwycięstwa nad Niemcami.

Na Zachodzie rozumują dość prosto: był podział na państwa osi i jej satelitów oraz aliantów. Podejrzewam, że nikt tam nie rozumie naszej skomplikowanej sytuacji, a skoro sami ogłaszamy, że walczyliśmy z ZSRR, że to był nasz wróg, to zapewne uważa się, że zaliczaliśmy się do sojuszników Hitlera, których w Europie Środkowo-Wschodniej było niemało. Podobnie zresztą wykreowanie pojęcia państwa podziemnego może niezorientowanym sugerować, że była tu podczas okupacji jakaś polska władza państwowa i nie zapobiegła mordowaniu Żydów, a może i w tym uczestniczyła. W takiej wersji utwierdzają dodatkowo przeprosiny za Jedwabne prezydenta państwa Aleksandra Kwaśniewskiego.

Jeżeli chcemy być właściwie rozumiani i oceniani na Zachodzie, nasz przekaz musi być prosty i jednoznaczny. Musimy być dumni, że u boku zarówno wojsk ZSRR, jak i zachodnich aliantów dzielnie walczyliśmy na wszystkich frontach II wojny światowej i złożyliśmy daninę krwi w pokonanie reżimu hitlerowskiego. Z dumnie podniesioną głową sami o sobie musimy mówić, że jesteśmy wśród zwycięzców II wojny światowej. Co nastąpiło potem, to już inna historia i tu powinniśmy znaleźć odpowiednią formę przekazu, że tak dzielny sojusznik Zachodu został zdradzony i pozbawiony suwerenności na blisko pół wieku.


Uwaga: za dzień-dwa wystawię ten tekst na Onecie.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Leszek Balcerowicz przeciwko Karcie Nauczyciela

1388. Prof. Leszek Balcerowicz przeciwko Karcie Nauczyciela

Jeśli ktoś chce się zapoznać z doktrynalnym podejściem neoliberalnym, odpowiedzialnym za ściągnięcie na świat wielkiego kryzysu, z którym tak trudno się uporać, to powinien koniecznie poczytać, posłuchać prof. Leszka Balcerowicza. Mimo, że jego mentorzy, George Soros i Jeffrey Sachs, już zrozumieli katastrofalne skutki wprowadzania neoliberalnych rozwiązań, to prof. Balcerowicz wiernie trwa na posterunku doktrynalnego neoliberalizmu.

Doskonałą okazję tworzy wywiad z prof. Balcerowiczem zamieszczony w "Rzeczpospolitej"*, w którym wypowiada się on Karcie Nauczyciela, uznając ją za winną wszelkiego zła, jakie dzieje się w szkole. O swojej odpowiedzialności z racji udziału w rządzie Jerzego Buzka, który wprowadził  katastrofalną reformę szkolnictwa, już jakby zapomniał.

Dla Leszka Balcerowicza szkoła to instytucja usługowa. Zauważył on, że w niektórych krajach usługi z publicznych pieniędzy świadczone są przez podmioty niepubliczne, w Polsce ma to miejsce w zakresie usług zdrowotnych i dalej porównał:

"Zakłada się zatem milcząco, że reguły socjalizmu, czyli preferowanie własności prywatnej, nie sprawdziły się przy produkcji cegieł, ale są dobre do świadczenia usług edukacyjnych. Nie rozumiem, skąd przekonanie, że nie mogą ich świadczyć podmioty prywatne różnego typu. [...]

Podstawowy problem polega na tym, że państwo ma kłopot z efektywnym wydawaniem pieniędzy, a społeczeństwo żyje w iluzji, że są to jakieś własne pieniądze tego państwa. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że gdy działają grupy roszczeniowe, to chcą one wyciągnąć pieniądze z ich kieszeni"*.

Ogólnie rzecz biorąc, w całym swoim tekście prof. Balcerowicz występuje przeciwko Karcie Nauczyciela, jego zdaniem nauczyciele pracują zbyt krótko przy tablicy, szczególnie w szkole podstawowej, zarabiają zbyt dużo, a jeszcze rząd ciągle im daje podwyżki, oraz coraz mniej dzieci przypada na jednego nauczyciela. Nawiązując do ostatnich protestów przeciwko ACTA prof. Balcerowicz proponuje, aby ludzie skrzyknęli się w ten sposób przeciwko grupom broniącym swoich przywilejów, w tym wypadku nauczycielom. Twierdzi, że należy zlikwidować Kartę Nauczyciela, co pozwoli samorządom lepiej opłacać lepszych nauczycieli, gdyż:

"Teraz w tym względzie obowiązuje socjalistyczna urawniłowka. Wszyscy, bez względu na jakość wykonywanej pracy, dostają podwyżki. Niszczy to bodźce zachęcające pracowników do podnoszenia kwalifikacji czy lepszego wykonywania swojej pracy. Traci na tym jakość edukacji, czyli uczniowie"*.

Oto doskonały przykład na rozumowanie, które przykłada kryteria produkcji cegieł do nauczania i traktuje pracę nauczyciela jak wykonywanie usług, co w ślad za prof. Balcerowiczem można by porównać z zelowaniem butów!

Ciekawe, kiedy prof. Balcerowicz ostatnio był w szkole? Bo ja u jednego z synów od pierwszej klasy podstawowej do ostatniej liceum (czyli w trzech szkołach) byłam w Radzie Rodziców, a u drugiego regularnie chodziłam na zebrania. No i oczywiście, gdy dzieci były młodsze odprowadzałam je do szkoły. Wystarczyło mi tylko wejść na teren szkoły, usłyszeć ten dziki gwar na przerwie, żeby stwierdzić, że chyba bym oszalała, gdyby mi przyszło przebywać choć trochę dłużej.

Z racji działania w Radzie Rodziców wiem, że awans nauczyciela nie jest wyłącznie automatyczny, jest on na każdym etapie przed awansem na nowy szczebel oceniany, opiniowany jest również przez Radę Rodziców, istnieją też konkretne wymogi, które musi spełnić.

Nie rozumiem, na jakiej podstawie prof. Balcerowicz uważa, że Polacy są bałwanami i nie rozumieją, że wynajmują za swoje podatki państwo, aby realizowało ich potrzeby (również edukacji dzieci) taniej, niż oni sami mogliby to sfinansować.

Nie podoba mi się, że swoimi wypowiedziami prof. Balcerowicz niszczy autorytet nauczycieli, przedstawiając ich jak roszczeniową grupę. No, ale to efekt traktowania nauczyciela jak usługodawcy sprzedającego taki sam produkt jak np. cegły.

Oczywiście jest wolność słowa, każdy może głosić dowolne poglądy, ale jak długo pozwolimy, aby doktrynerzy neoliberalni wywierali wpływ na naszą politykę i próbowali niszczyć więzi społeczne, podważać uznane w społeczeństwie wartości, i właśnie z wartości czynić usługi na sprzedaż.

Szkoła to nie fabryka, a nauczyciel to nie sprzedawca! Nawet tylko przekazywanie wiedzy zgodnie z ustalonym programem nie jest jej sprzedawaniem. Nauczyciel musi też sprawiedliwie ocenić ucznia. Nie pamiętam już gdzie czytałam niezmiernie trafną uwagę, że podnoszenie pensum oznacza też zwiększanie liczby uczniów na nauczyciela, co powoduje, że relacja uczeń - nauczyciel staje się bardziej bezosobowa, trudniej więc zarówno znaleźć ucznia bardziej zdolnego i go inspirować, jak i mniej zdolnego, któremu trzeba pomóc, trudniej też ocenić.

Traktowanie nauczania jak produkcji cegieł, wprowadzenie relacji nie nauczyciel - uczeń, ale sprzedawca - klient oznacza też, że uczeń ma prawo wymagać otrzymania odpowiednich ocen, jak to się dzieje nieraz na prywatnych uczelniach, gdy studenci uważają, że za pieniądze należy im się dyplom jak psu micha.

Gdyby prof. Balcerowicz praktycznie miał coś wspólnego ze szkołą, jak ja we wspomnianej RR, ale nawet gdyby się zastanowił nad tymi cegłami, to by wiedział, że tak jak z kiepskiego materiału powstaną kiepskie, rozpadające się cegły, tak mogą być najlepsi nauczyciele, a gdy przyjdą gorsi uczniowie, to sukcesów nie będzie. I widziałam to na przykładzie gimnazjum, gdzie u starszego syna ta sama nauczycielka matematyki miała uczniów z szóstkami i piątkami, a po kilku latach już głównie trójkowych.

Przy okazji szkolnictwa ujawnia się wstydliwa prawda, że rozwarstwienie zamożności rodziców przekłada się na rozwarstwienie szans ich dzieci na równy strat w życie i równą edukację. Zaczyna się od przedszkoli i potem trwa przez wszystkie szczeble edukacji. I nie jest winna temu Karta Nauczyciela, ale neoliberalne reformy zaprowadzone w 1999 r. przez prof. Balcerowicza, potem wzmocnione w kadencji 1997-2001, oraz reforma szkolnictwa z 1999 r., która przez wprowadzenie gimnazjów, obniżyła wiek różnicowania szans edukacyjnych o dwa lata.

Prof. Balcerowicz, widząc całe zło w rzekomo roszczeniowej postawie nauczycieli, zupełnie nie dostrzega reformy zarówno organizacyjnej, jak i programowej, którą wprowadził rząd z jego udziałem. Nic nie może poradzić najlepszy nawet nauczyciel, jeżeli musi przygotowywać młodzież nie do zdobywania wiedzy, samodzielnego myślenia, ale rozwiązywania testów pod klucz. Obśmiane to zostało kilka lat temu przez "Dziennik", który udowodnił, że poeta nie zdałby matury z interpretacji swojego wiersza, bo nie umieścił w niej słów kluczowych.

Ostatnio wprowadzone zmiany powodujące, że nauczanie ogólne będzie się kończyć po pierwszym roku szkoły ponadgimnazjalnej, spowoduje jeszcze większe obniżenie się poziomu wykształcenia naszej młodzieży. To jest przeciętnego poziomu wykształcenia, bo tych najzamożniejszych będzie stać, żeby swoim dzieciom zapewnić dobrą edukację.

Na koniec zostawiłam sobie kwestię wartości. Czym ma być szkoła? Czy jako społeczeństwo chcemy pozbawić ją jej funkcji wychowawczych? Czy nauczyciel ma być usługodawcą, jak ktoś podający cegły, którego może kiedyś zastąpią robot i komputer, czy chcemy dla naszych dzieci od szkoły czegoś więcej? Czy szkoła ma zatracić funkcję tworzenia środowiska społecznego, przygotowującego młodego człowieka do funkcjonowania w społeczeństwie, ma zaprzestać przekazywania wartości takich jak rzetelność, uczciwość, dobre wychowanie, szacunek dla innych. Po części już szkoła to zatraciła wskutek reform powodujących, że dzieci, potem młodzież są przerzucani ze szkoły do szkoły, zanim nawiążą się jakieś przyjaźnie, a nauczyciele staną się dla nich autorytetami.

Neoliberalizm nie uznaje kapitału społecznego, który może powstać dzięki więzom międzyludzkim opartym na zaufaniu, życzliwości. A jesteśmy jednym z najbardziej nieufnych społeczeństw w Europie, prof. Janusz Czapiński przestrzega często, że to tworzy szklany sufit, który nie pozwoli nam się dalej rozwijać. W tak nieufnym społeczeństwie łatwo jest poszczuć jednych przeciwko drugim, sugerując, że mają oni choć trochę lepiej, że wychylili nieco głowę z tej kadzi w polskim piekle. Czemu jednak to szczucie ma służyć?

Jak jutro, pojutrze uczeń ma odnieść się z szacunkiem do nauczycieli, skoro przeczytał, że zdaniem znanego profesora, hołubionego przez GW, to zorganizowana, roszczeniowa grupa chcąca wyciągać pieniądze z kieszeni podatników?

*Karta szkodzi uczniom (wywiad Bartosza Marczuka i Artura Grabka z prof. Leszkiem Balcerowiczem), "Rzeczpospolita", 11.06.2012.



Ten tekst znajduje się również na Onecie. Tam również recenzja książki Roberta Gwiazdowskiego "Emerytalna katastrofa".

czwartek, 7 czerwca 2012

Dwa nowe teksty na Onecie

W pierwszym opisuję przypadek składania przez żołnierzy służących w Afganistanie zawiadomień o przestępstwie przeciwko internautom krytykujący żołnierzy.


W drugim stawiam tezę, że rząd skwasił Euro, tuż przedtem podnosząc wiek emerytalny. Igrzysk, zamiast chleba, może się nie sprawdzić!


maria-dora.blog.onet.pl


Da się tam normalnie dyskutować, choć nieraz komentarze wchodzą z pewnym opóźnieniem.

środa, 6 czerwca 2012

Zapraszam na Onet - tam nowy tekst

Zapraszam do komentowania na Onecie tekstu "Sprywatyzowane znaczy gorsze" na przykładzie ostatnio sprzedanej "Rzeczpospolitej" i SPEC-u.
W razie problemów z komentowaniem tam, proszę mi tu dać znać, wtedy równolegle wystawię tekst.

niedziela, 3 czerwca 2012

Postępowa monarchia i anachroniczna republika

W Wielkiej Brytanii trwają uroczystości związane z 60-leciem wstąpienia na tron królowej Elżbiety II. Drugi raz w historii zdarzył się taki jubileusz, wcześniej obchodziła go królowa Wiktoria. Dziś odbyła się niezwykła parada 1000 łodzi na Tamizie na czele z łodzią, w której znajdowała się królowa, następca tronu i jego synowie.

Można by pomyśleć, że monarchia to państwo bardziej tradycyjne niż republika i spodziewać się w nim większego konserwatyzmu obyczajowego. Tymczasem nic z tych rzeczy, gdy porówna się monarchię brytyjską pod rządami konserwatywnego premiera Davida Camerona z Polską, która jest republiką i rządzi w niej partia, która ma w nazwie obywatelska.

Angielski konserwatywny premier jak najbardziej popiera związki osób tej samej płci, adopcji dzieci mogą dokonywać pary homoseksualne, choć w tym wypadku prawo raczej poszło za daleko, gdyż dzieci są oddawane obcym, mimo że mogą się nimi zaopiekować członkowie rodziny, np. dziadkowie. U nas tymczasem w Sejmie odzywają się posłowie, o których można by pomyśleć, że zostali właśnie odnalezieni w jakichś lodowcach z epoki średniowiecza i odmrożeni, tak ich poglądy o homoseksualizmie nie przystają do rzeczywistości, również tej zachodniej, konserwatywnej.

W Wielkiej Brytanii w sobotę świętowanie jubileuszu  królowej, a w Polsce parada równości, w której uczestniczył ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce. Nasi polscy konserwatyści, w przeciwieństwie do tych w cywilizowanych państwach, traktują ludzi jak zwierzęta (pisałam o tym w jednym z tekstów na Onecie), sprowadzając nasze człowieczeństwo tylko do roli reprodukcyjnej. A przecież, owszem, celem każdego gatunku, również prymitywnych form, jak bakterie, koralowce, jest rozmnażanie się, ale wydawało się, że nasz wyjątkowy mózg, sprawia, że jesteśmy czymś więcej niż tylko reproduktorami.

Dla prawicowców jednak nie. Dla nich prawa obywatelskie mają być funkcją roli reprodukcyjnej, co oznacza pominięcie całej warstwy uczuciowej, społecznej człowieka. Uznają więc prawa do zawierania sformalizowanych związków tylko dla par heteroseksualnych, ze względu na posiadanie przez nie własnego potomstwa. Wielokrotnie o tym pisałam, ale powtórzę to jeszcze raz: jest to obelga dla osób bezpłodnych, a przede wszystkim kobiet po menopauzie!

Niby szanuje się w Polsce babcie, ale co to za szacunek, skoro odmawia się wartości związkom, które nie mogą mieć własnych dzieci, a więc związkom babć! Skoro posiadanie potomstwa jest warunkiem z korzystania z konstytucyjnej ochrony państwa i uzyskiwania praw jak małżeństwo, to przecież w konsekwencji takich praw należałoby odmówić kobietom co najmniej od 50 roku życia, wstępującym w związek małżeński.

Rozumując konsekwentnie, to dla naszych prawicowców królowa Elżbieta jest już niepełnowartościowym człowiekiem, bo dzieci więcej nie urodzi!

Nigdy nie zrozumiem odzierania ludzi z człowieczeństwa, z ich uczuć, uznawania prawa do związków zwierzęcych reprodukcyjnych, a nie ludzkich, opartych na uczuciach, miłości, trosce, zaufaniu. A takie związki mogą zarówno tworzyć młodzi reproduktorzy, jak i staruszkowie i osoby tej samej płci.

Dlatego zresztą konserwatyzm, przynajmniej ten polski, który nie uznaje ludzkich uczuć, jest mi całkiem obcy. Badania zresztą pokazują, że i wiele zwierząt również doznaje uczuć, w tym empatii. Tylko w przypadku najprymitywniejszych tworów, jak choćby bakterie, nie można mówić o uczuciach.

Polskę zresztą zawsze cechował anachroniczny konserwatyzm. Wielka imienniczka obecnej królowej, Elżbieta I, też się z nim zetknęła, gdy przybyli do niej posłowie z Polski z misją nakłonienia jej do powrotu na łono papiestwa. W tej chwili już nie pamiętam, a nie chce mi się szukać tego w książce, czy trafili do Tower za obrazę królowej, bo wtedy nie patyczkowano się z arogantami.

Powinniśmy zrozumieć, że nie da się tylko w jednej dziedzinie doganiać świata. Jeśli chcemy dążyć do dobrobytu, to nie można iść w tej dziedzinie do przodu, a w kwestiach obyczajowych iść wstecz, nawet niekiedy w porównaniu z czasami PRL. Ale o tym to już pisałam w tekście wylinkowanym na Onecie: "Dlaczego Polska nie ma szans na dobrobyt". W tym sensie myli się też Leszek Miller, że lewica musi się koncentrować głównie na sprawach społecznych, na dalszym planie mając światopoglądowe.  To musi być niepodzielne, tak jak niepodzielna jest wolność!

Stawiając na równość, nie można odrzucać, czy spychać na dalszy plan, wolności i braterstwa.


Zapraszam na Onetowy blog maria-dora.blog.onet.pl jest tam tekst o moich przypuszczeniach do do niekonstytucyjności podniesienia wieku emerytalnego.

piątek, 1 czerwca 2012

Śmieszne antykomunistyczne wspominki celebryty - festiwal w Opolu

Oglądałam dziś festiwal w Opolu, pierwszy koncert prowadzony przez Wojciecha Manna i jego synka poświęcony piosenkom z lat 60. Niby sentyment do tych piosenek, a jednak nie obyło się bez uszczypliwości pod adresem PRL.

Gdyby Wojciech Mann zastanowił się przez chwilę, to by akurat takiego przykładu nie dał. Otóż przeczytał list do jakiejś redakcji z tamtych lat krytykujący Czesława Niemena, w tym sensie, że sprowadza swoją muzyką młodych ludzi na złą drogę. Ponadto wydziwiał pan Mann na tamtejsze władze nielubiące młodzieżowej muzyki.

Powiedziałabym, że dziś mamy jeszcze gorzej. Wtedy przynajmniej piosenkarzy młodzieżowych i twórców, jeżeli nie podejmowali działalności antypaństwowej, nie stawiano przed sądami za ich działalność twórczą. A to przecież zdarzyło się w dzisiejszych czasach m.in. Nieznalskiej Dodzie i Nergalowi!

Nieznalska po wielu latach została uniewinniona, Nergal również został uniewinniony, Doda została w I instancji skazana.

Ale to przecież nie wszystko! Nieznalskiej prac nie chciały wystawiać galerie, Doda w wywiadzie w "Polityce" stwierdziła, że ma problemy z występami w wielu miejscowościach, Nergala ma nie być w następnej edycji programu rozrywkowego.

Wiele można powiedzieć, i słusznie, o cenzurze w PRL, o niekiedy dość konserwatywnym podejściu tamtych władz do kultury i nowych prądów. Jednak wtedy reguły gry ze strony państwa były mniej więcej jasne i nie było tak jak dziś, że powstają jakieś prywatne grupy nacisku, które w imieniu kilkuset czy nawet kilku tysięcy obywateli chcą narzucać milionom swój gust i decydować, kto może, a kto nie występować lub wystawiać swoje dzieła. Uważam, że taki system jest jeszcze bardziej opresyjny niż PRL-wski.

Ta kobieta, która w latach PRL napisała list o złym wpływie muzyki Niemena na młodzież, mogła co najwyżej sprawić mu przykrość, ale dziś takie paniusie zyskały prawo nękania artystów po sądach w związku z obrażeniem ich uczuć religijnych na podstawie nadinterpretacji przepisów k.k., i to nawet wtedy gdy osobiście nie widziały dzieł czy przedstawień.

Żeby było śmieszniej, to w następnym koncercie Janusz Panasewicz wyjaśniał genezę powstania piosenki "Kryzysowa narzeczona". Trafnie artysta stwierdził, że od 30 lat trwa u nas jakiś rodzaj kryzysu, a gdy dodał, że piosenka mówi o emigracji w poszukiwaniu lepszego życia, to też można się uśmiechnąć, że po 30 latach jest dokładnie taki sam problem jak w PRL: młodzi ludzie masowo emigrują z Polski za chlebem. A w zasadzie jest nawet gorzej, bo wtedy każdy miał pracę, a teraz młodych ludzi dotyka bezrobocie.

To wszystko pokazuje, że lepiej cieszyć się dawnymi piosenkami, a nie wdawać się w porównania, politykę, bo każdy medal ma dwie strony.


Na Onecie, który lepiej działa, jest tekst o zaproszeniu  J. Kaczyńskiego do prezydenta. Warto też przeczytać tekst "Ostatni kowboj sportu" o wypowiedziach Jana Tomaszewskiego.